Platformy:

Jesteś na SwiatGry.pl» Recenzje» Xbox 360» Lightning Returns: Final Fantasy XIII

Informacje

  • Autor: Rasgul
  • Dodano: 07 kwiecień 2014 16:49
  • Czytano: 1,408 razy



Najnowsze recenzje

Najczęściej czytane recenzje

Recenzja gry Lightning Returns: Final Fantasy XIII (Xbox 360)

Okładka gry Lightning Returns: Final Fantasy XIII
  • Producent: Square-Enix
  • Wydawca: Square-Enix / Eidos
  • Dystrybutor PL: Cenega Poland
  • Gatunek: fantasy, RPG, TPP
  • Premiera: 11 luty 2014 r.
  • Premiera PL: 14 luty 2014 r.
  • Tryb gry: single player
  • Język: angielski
  • Nośnik: DVD8
  • Cena: 229.90 zł
  • Nasza ocena

    6.5

  • Twoja ocena

    7 / 10

    Średnia: 7 / Głosów: 4

  • Cechy gry PEGI 12

    PEGI 12
    Gra dla starszych dzieci

    Przemoc

    Przemoc
    Gra zawiera elementy przemocy.

    Online

    Online
    W grę można grać online.

Wymagania: konsola Microsoft Xbox 360

Gdybym miał wskazać dowód na tezę, świadczącą o pechowości numeru 13, ręką machnąłbym na całą miniserię „trzynastego” Final Fantasy. Tę, którą podzieliła fanów legendarnego cyklu jRPG. Lightning Returns miało być dla nich rekompensatą. Idealnym zwieńczeniem trylogii i zbawieniem dla jakości poprzedniczek. Z całego serca liczyłem na to, miałem nadzieję do momentu, kiedy krążek z kodem wylądował w moim napędzie. A jednak… zawiodłem się, czuję się wykorzystany, zniesmaczony. Czemu? Zaraz postaram się wytłumaczyć.

Walka z wielkimi, dziwacznymi potworami... nie ma to jak Final Fantasy :)



Moja zapowiedź gry wyglądała bardzo optymistycznie. Wierzyłem, że Square Enix nauczyło się, gdzie zrobiło błąd i postarają się go naprawić. „Powrót Błyskawicy” w dodatku miał bardzo duży potencjał, a także szansę na sukces. Deweloperzy wpadli na naprawdę fajne pomysły – otwarcie świata, oparcie całej zabawy o tykający zegar, stworzenie nowego systemu walki. Chociaż faktycznie poprawili to, co niektórym mogło przeszkadzać, to zamiast tego pojawiły się kolejne problemy. Zresztą same poprawki nie umknęły przed potknięciami. Więcej tu dziur niż w szwajcarskim serze.

Ale po kolei. Fabuła osadzona została 500 lat po wydarzeniach z XIII-2. Świat pożera Chaos i jest to proces nieodwracalny. Nie można uniknąć zagłady, dlatego bóg światła – Bhunivelze postanawia przebudzić Lightning z trwającego pięć wieków snu. Mianuje ją zbawcą i wysyła do Nova Chrysalia, czyli ostatniej kolebki ludzkości. Jej zadaniem jest uratowanie jak największej ilości dusz, które następnie zostaną przeniesione do „lepszego świata”. Czasu na ten heroiczny czyn jest niewiele, bo trzynaście dni. Oczywiście w całej opowieści nie mogło zabraknąć ekipy, poznanej przy okazji poprzednich odsłon „trzynastki”. Wszystkie misje główne kręcą się wokół nich, dlatego wyłapanie każdego smaczku zarezerwowane zostało dla weteranów podserii. Aczkolwiek nie szkodzi to w ogólnym odbiorze. Poznawana historia jest niezwykle spójna i pozostawia w wątpliwościach oraz napięciu aż do samego końca. Bardzo mi się podobała, ale nie znaczy to, iż nie zgrzytnąłem przy niej parę razy zębami. Przede wszystkim nie pasował mi tutaj cały ten „fan service”, czyli niepotrzebne pchanie plejady gwiazd poprzedniczek w światła głównych reflektorów. Gdyby były to ciekawsze postacie, nie miałbym z tym żadnego problemu, jednak rzeczywistość jest trochę inna. Wyglądają jak żywcem wyjęte z anime klisze z mroczniejszą stroną. Nawet główną bohaterkę ciężko lubić. Jest zbyt nijaka, często „bucowata”, sama nie potrafi się odnaleźć w zadaniu. Nie okazuje emocji i w kółko gada jedno. Kilkoma słowy – do bohaterów ciężko się przywiązać.

Lightning i szerzenie destrukcji w sukience



Wspomniałem już o tym, że Lightning na zbawienie świata ma trzynaście dni. I nie są to rzucone na wiatr słowa. W prawym górnym rogu ekranu cały czas towarzyszy nam zegar odmierzający czas do końca. Ciężko o nim zapomnieć, bo cała gra jest skonstruowana wokół niego. Dużo rzeczy dzieje się w ściśle określonych godzinach. Dużo sekcji miasta otwartych jest jedynie o danej porze, a co za tym idzie niektóre zadania zrobimy tylko np. w nocy. Ciężko będzie też o północy znaleźć jakiś otwarty sklep z pancerzem czy bronią. Budzi to fajne, nieco sztuczne uczucie żyjącego miasta. Mieszkańcy w końcu są normalnymi ludźmi i kiedyś muszą iść spać, by dać szansę obudzić się czyhającemu w zakamarkach ulic złu. Potencjał w pomyśle zrobienia „gry na czas” był ogromny. Lightning Returns mogło być takim małym symulatorem tego, „co zrobiłbyś, żeby uratować ludzkość w kilkanaście dni”. Niestety wykonanie poszło zupełnie innym torem. Zegar zamiast przypominać o tym, co najważniejsze, niesamowicie nagli poprzez wywoływanie presji na graczu. Mamy wrażenie, że na nic nie starczy nam czasu, a jego samego często nie da się zorganizować. W jednym momencie pojawia się kilka różnych aktywności, zjadających dużo cennych części doby. Ktoś by powiedział: „Ale to przecież fajny zastrzyk adrenaliny w trakcie zabawy!”. Nie w tym przypadku, co za momencik wytłumaczę.

System rozwoju postaci jest skonstruowany w dziwny sposób. Nie ma tu klasycznej mechaniki wbijania poziomów dzięki punktom doświadczenia. Zamiast tego, jeśli chcemy podnieść statystyki postaci, musimy wypełniać zadania. Nagrodą w nich są dodatkowe punkty życia czy więcej siły. Zatem jeżeli chcemy, by nasza postać nie odstawała od potworków mocą, musimy tak czy siak wypełniać zlecenia od NPC. Fajny pomysł, gdyby nie fakt, że większość misji jest śmiesznie słaba. Dookoła panuje atmosfera apokalipsy, a Lightning postanawia… pomóc małej dziewczynce w znalezieniu misia, zaganiać zwierzęta do zagrody czy szukać ukrytych po mieście zegarów. Czynności te są żmudne, nieciekawe i pochłaniające kupę cennych godzin, ale muszą być wykonane do poczynienia jakiegokolwiek progresu. Jak nie, to każde starcie z pojedynczą bestią będzie dla nas wielkim wyzwaniem. To pierwszy Final Fantasy z klasycznie wykonanymi questami i od razu musiały zostać spieprzone. Przykre, bo jest to największa bolączka Lightning Returns, która zabija masę frajdy z zabawy.

Menu Schemata



Większość wad na swoich barkach wyciąga system walki oraz tzw. Schemata. Ten drugi to nic innego jak customizacja postaci. Ubieranie jej w różne stroje, które podbijają niektóre statystyki, albo udostępniają wzmocnione wersje niektórych umiejętności. Maksymalnie do potyczek można przypisać sobie trzy zestawy, te zaś będziemy dynamicznie zmieniali w trakcie. Warto je sobie zróżnicować, by być gotowym na starcia z różnymi oponentami, a jednocześnie przystosować je do naszego stylu rozgrywki. System walki został skonstruowany naprawdę świetnie, choć z pozoru wygląda na prosty. Odbiega od schematów gatunku, robiąc z samej z gry raczej action RPG z głębokim, taktycznym akcentem. Nie ma tu potyczek na tury, ponieważ wszystko toczy się w czasie rzeczywistym. Kluczem do zwycięstwa jest odpowiednie zarządzanie energią (zużywającą się oddzielnie na każdym „schemacie”) niezbędną do rzucania zaklęć. Potwory posiadają również odporności na dane ataki lub rodzaje magii. I tak jeden będzie otrzymywał małe obrażenia od ognia, ale za to zwiększą się one przy zwykłych atakach fizycznych. Jest to bardzo potrzebne na dużych przeciwników, których dzięki tym właściwościom można „staggerować”, czyli inaczej ogłuszać przez eksploatowanie słabości. To wszystko sam opis i trudno nie zauważyć, iż gra oferuje nam multum możliwości oraz kombinacji ze schematami. W praktyce działa to jeszcze lepiej, a walki z takimi bossami wymagają skupienia czy szybkich zmian taktyk, nadal potrafiąc dać graczu duży wycisk. Jest to najlepsza mechanika toczenia bitew w całej podserii. Idealnie mieszająca taktykę z typowym slashowaniem.

W jednej kwestii Japończycy są według mnie nieprześcignieni przez innych twórców. Chodzi mianowicie o projektowanie lokacji. Design, stylistyka oraz monumentalność poszczególnych miast powala. Chociaż nie możemy pozwiedzać ich w całości (ograniczeni w eksploracji jesteśmy przez małe korytarze), to niektóre budynki budzą podziw. A jeśli znudzi się nam miejski zgiełk, to możemy wybrać się w każdej chwili do zielonego Wildlands lub pustynnego Dead Dunes. Każde z nich ma swój urok i za to należą się brawa.

Budowle budzą podziw



Napawaniu się otoczeniem przeszkadza nam tykający zegar, ale jeszcze bardziej brzydka grafika. Pierwsze Final Fantasy XIII było ładne i nie ma co się z tym kłócić. Do dziś produkcja ta karmi oczy pięknem porównywalnym do pre-renderowanych animacji. Lightning Returns karmi nasze gałki technologią godną PS2. Modele głównych postaci są bardzo ładne, w szczególności protagonistki, ale reszta mocno kuleje. Animacje, tekstury czy niektóre efekty cząsteczkowe wołają o pomstę o nieba. Nie wynika to ze słabości architektury PS3 czy Xboksa 360, a wyłącznie z lenistwa twórców. Dziwi mnie to, że graficznie tytuł ten tak mocno odstaje od poprzedniczek. Dziwi negatywnie. Tak samo jak ścieżka dźwiękowa, która chociaż jest dobra, to poza motywem z menu nie zapadła mi w pamięć.

Lightning Returns: Final Fantasy XIII to bardzo nierówna, specyficzna gra posiadająca wiele wad, ale równie wiele zalet. Moich oczekiwań kompletnie nie spełniła, a najlepiej zapowiadające się elementy zostały słabo dopracowane. Siłą tej odsłony jest przede wszystkim system walki, Schemata oraz (nieco mniej) fabuła. Zasłaniana jest ona przez słabo przemyślane zadania, spieprzony „Doomsday Clockwork”, nieciekawe postacie czy nędznie wyglądającą grafikę. Polecić ją mogę wyłącznie fanom serii Final Fantasy lub samej „trzynastki”. Reszta może spróbować zakupu po mocnej przecenie. Ze świetnie zapowiadającego się tytułu wyszedł średniak. Taki zjadliwy, ale tylko z odpowiednimi przyprawami.
  • Grafika: 5 / 10
  • Dźwięk: 6 / 10
  • Grywalność: 9 / 10
  • Żywotność: 5 / 10
  • Nowatorstwo: 7 / 10
  • Fabuła: 8 / 10
  • Czas gry: 15h

Najważniejsze cechy: Uniwersalny system walki, dobra fabuła i system Schemata zabity przez masę błędów.

Plusy

  • Dobra fabuła
  • System walki
  • Schemata
  • Lokacje

Minusy

  • Praktycznie wszystkie questy
  • Doomsday Clockwork
  • Słabe postacie
  • Nędzna grafika
Avatar użytkownika Rasgul
Rasgul mówi:

Lightning Returns: Final Fantasy XIII miało spory potencjał, niestety został zmarnowany. Numerek XIII przy tytule nie dopisuje do teraz, a fani coraz bardziej wątpią w markę. Oby Square Enix postarało się przy okazji XV.

Komentarze (2)

  • Avatar użytkownika Karfein
    #1 | Karfein mówi:13 kwiecień 2014

    Kupię i tak, ale na PS3, bo mam na razie wszystko z głównej linii, jak również kilka pozycji z pobocznych serii. Może zanim dojdę do tej części, będzie wszystko popatchowane etc.

  • Avatar użytkownika martin
    #2 | martin mówi:08 kwiecień 2014

    moje must have na PS3, jak tylko znajdę luźną gotówkę, kocham tego typu klimaty i czuję że będzie mi się wyśmienicie grać Pfft