Platformy:

Jesteś na SwiatGry.pl» Recenzje» PlayStation 3» Eiyuu Senki: The World Conquest

Informacje

  • Autor: Karfein
  • Dodano: 28 marzec 2016 16:44
  • Czytano: 804 razy



Najnowsze recenzje

Najczęściej czytane recenzje

Recenzja gry Eiyuu Senki: The World Conquest (PlayStation 3)

Okładka gry Eiyuu Senki: The World Conquest
  • Producent: TENCO
  • Wydawca: 5pb.Games
  • Dystrybutor PL: Fruitbat Factory
  • Gatunek: strategiczne, turowe, visual novel
  • Premiera: 2014 r.
  • Premiera PL: brak danych
  • Tryb gry: single player
  • Język: angielski
  • Nośnik: Digital
  • Cena: brak danych
  • Nasza ocena

    8.0

  • Twoja ocena

    5 / 10

    Średnia: 5 / Głosów: 2

  • Cechy gry PEGI 12

    PEGI 12
    Gra dla starszych dzieci

    Przemoc

    Przemoc
    Gra zawiera elementy przemocy.

Wymagania: konsola Sony PlayStation 3, PlayStation Network

Gry japońskie bywają specyficzne. I to na tyle, że mają moc odrzucić gracza na samym początku rozgrywki różnymi elementami. Tak było z Eiyuu Senki: The World Conquest. Choć sam bardzo lubię azjatycką estetykę gier wideo, nawet ja dostałem z liścia. Ale jak to często bywa w takich sytuacjach, warto przebrnąć dając kredyt zaufania, jak pokaże ta recenzja.

Parę questów lojalnościowych i liczba umiejętności rośnie.



Podbijmy świat w imię pokoju
Księżniczka Himiko doświadcza wizji, w której widzi zagładę świata. Dostrzega jednak promień nadziei w postaci zjednoczeniu świata. Jednak niełatwo sprawić, by każdy oddał swe państwo w niewolę, dlatego potrzebna jest militarna potęga i dobra strategia. Księżniczka Yamatai nie posiada ani jednego, ani drugiego, toteż właściwie nieosiągalnym celem zdaje się być zjednoczenie krainy osadzonej w miejscu Japonii – Zipang. Mało tego, pozostali przywódcy nacji Zipangu wręcz wyśmiewają marzycielską przywódczynię, bez problemu odpierając ataki wręcz zbyt oczywistymi pułapkami. Podczas jednego z odwrotów oddziały Himiko zostają napadnięte przez sporą grupę bandytów i właściwie cud ratuje pobitą armię przed ostateczną zgubą. Otóż znikąd zjawia się protagonista i wydostaje Himiko z zasadzki. Szybko zyskuje sobie przydomek Sługi Niebios, pod przewodnictwem Yamato Takeru nabiera umiejętności, po czym z pomocą pozostałych bohaterek Yamatai unifikuje Zipang.

Wkrótce potem po obmyślaniu planu ataku i podboju bohaterowie ruszają na podbój kontynentu. Jako że świat jest dziwnie pokręcony, wszyscy bohaterowie historii znani protagoniście są w Eiyuu Senki kobietami. Jako że jest on mądrym przywódcą, podbitym nacjom pozwala dalej zarządzać ich pierwotnym władcom, a przy tym stara się dogodzić swoim podwładnym, większość bohaterek zaczyna się w nim podkochiwać. Dalsze perypetie to już totalna jazda bez trzymanki, jeśli chodzi o historię Króla Playboya, przy czym bywa czasem, że to jakoś tak samo wychodzi (nie żebym go usprawiedliwiał). Jeśli chodzi o zwroty akcji, to na początku nie bardzo są w stanie zaskoczyć, jednak przy ścieżce wiodącej do prawdziwego zakończenia robi się już dość grubo. Znajdziemy odpowiedzi na rozmaite pytania (od tego, czemu protagonista pamięta czasy samochodów, komputerów, skąd pochodzi po to, dlaczego tylko on jest mężczyzną, a wszystkie inne znane postaci kobietami). Przy tym wszystkim nie mogło zabraknąć sporej dawki humoru i odważnych posunięć. Mamy wstydliwą Tutanchamona chowającą się w sarkofagu, Diogenesa, co turla się w beczce, pragnącą zabłysnąć jako gwiazda pop Nero, Rasputina czyli największą masochistkę, jaką poznacie, czy Nostradamusa rysującą yaoi pod wpływem złego ducha... Jest też szczypta prawdy: Sun Tzu mówi cytatami ze Sztuki wojny, Napoleon nie akceptuje słowa "niemożliwe", dowiemy się o filarach Aśoki. Tak czy owak, pomimo paru faktów (ciut poprzekręcanych tu i tam) nieraz wybuchniecie śmiechem, na końcu również się zaskoczycie, aczkolwiek na początku wiele razy na twarzy zagości wyraz totalnego zdziwienia, zaś w kilku scenach zmniejszycie głośność, bo Himiko potrafi tak się sugestywnie wydrzeć, że ktoś jeszcze zacznie podejrzewać Was o oglądanie pornosa.

Z takim sprzętem można ruszać na Warszawę.



Łatwo poznać, ciężko wyczuć
Eiyuu Senki: The World Conquest nie narzuca graczowi limitu czasowego, więc jeśli zachowa się wcześniejszy stan zapisu gry, można swoje postaci naprawdę porządnie dozbroić w liczne oddziały. Zarówno zarządzanie światem, jak i bitwy, odbywają się w trybie turowym. Na początku niewiele możemy zdziałać na mapie globu, ale później uzyskamy możliwość wykonania większej liczby akcji. Zresztą poszczególne misje mają różne wymagania, a bohaterowie nie są mistrzami we wszystkim, więc należy dobrać odpowiednio ekipę. Nie ma dobór znaczenia przy misjach polegających tylko na czytaniu jak przy visual novel (żadne kwestie nieobecnych nie będą pomijane), ale przy bitwach to już co innego. Zanim do nich przejdę, dorzucę tylko, że warto zostawić sobie kilku przywódców przed końcem tury podczas wojny, gdyż wróg lubi próbować utrzeć nam nosa, a przegrana skutkuje utratą podbitego miasta.

Najpierw patrzymy, jak rozstawiony jest nieprzyjaciel, a następnie ustawiamy swoje wojska i toczymy walkę turowo. Każdy bohater ma określony typ, a jego ataki mają osobne typy. Jak można się domyślić, są takie, których nie warto używać przeciw komuś oraz takie, jakie niszczą przeciwnika solidnie. Przy niektórych akcjach trzeba będzie poczekać na ostateczne ich wykonanie, a i każda ma swój określony czas oczekiwania na następny ruch bohatera. Do wykonania potężniejszych akcji (leczenie, lepsze buffy, osłabienie wroga czy lepsze ataki, w tym obszarowe) potrzebne są punkty odwagi. Te uzyskujemy po troszku co turę, podczas ataków, zwłaszcza krytycznych, ale najwięcej ich przychodzi podczas ataku, który jest silny przeciw danemu typowi bohatera. I tutaj widać nieźle przemyślaną mechanikę walki, gdyż nie zawsze najlepszą taktyką będzie korzystanie z efektywnych ataków, ponieważ potem przeciwnik może okładać nas swoimi ostatecznymi akcjami, przez co przechyli szybko szalę zwycięstwa na swoją stronę. Mimo że możemy przed wojnami w czasie pokoju nadrabiać zaległe misje i koksić nasze oddziały, to w późniejszym etapie podboju pojawią się przeciwnicy, którzy łatwo nas pokonają, jeśli nie przemyślimy naszej strategii. Niby proste, ale potem mści się za nasze lenistwo i korzystanie z powtarzalnej sprawdzonej mechaniki. A wierzcie mi, bez odpowiedniej taktyki, nie pomoże nawet kilkanaście tysięcy luda pod wodzą danego bohatera.

Arystoteles poza wykładami również się realizuje.



Tanio wychodzi przywracanie siły armii, ale jej rozwój to już inna rzecz, bo im dalej, tym drożej. Nasi przywódcy mają za sobą oddziały, a swoisty pasek zdrowia służy zarówno za wygodny widok, jak wiele jeszcze mogą znieść, ale także jak wielka będzie siła ataku. Jeśli zwyciężymy, oddziały zostaną za darmo ulepszone, a w przypadku wielkiego zwycięstwa (w ciągu połowy limitu tur), dostaniemy podwójny bonus. Nieco inaczej ma się sprawa w przypadku tak zwanych legendarnych herosów. Ci z kolei mają pasek zdrowia w pełnym tego słowa znaczeniu – oni walczą samotnie bez wsparcia żołnierzy. Ma to swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że ich aktualny poziom wytrzymałości nie ma wpływu na siłę ataku, jednak nie możemy ich leczyć ani rozwijać za złoto. Jedynymi sposobami jest leczenie w trakcie walki, regeneracja między turami na mapie świata i bonusy za zwycięstwo (o ile bohater nie poległ na polu bitwy). Warto zastanowić się nad rozwojem legend, by później nie okazały się być słabym ogniwem ginącym po jednym ataku przeciwnika. Zresztą pewien opcjonalny wielopoziomowy loch wymaga wygrania 5-10 konsekutywnych walk, gdzie nie możemy korzystać z tych samych postaci dwukrotnie, tak więc równy rozwój może być kluczem do wygranej.

Ostatnią, lecz nie mniej ważną, rzeczą są artefakty. Te mają przeróżne działania i różne poziomy mocy. Są oczywistości pokroju podbicia podstawowych atrybutów (atak, obrona, szybkość, szczęście dla częstotliwości trafień krytycznych, ograniczenie otrzymywanych obrażeń), ale mamy też obniżenie czasu oczekiwania na potężny atak czy po ataku, zwiększoną nienawiść nieprzyjaciela (bardziej dla tanków), większe bonusy za zwycięstwo, lepszą regenarację, a nawet nagłą aktywację potęgi, kiedy sytuacja staje się krytyczna dla oddziału. Warto wspomnieć, że są też potężniejsze artefakty, jakie można uzyskać za podbicie potężniejszych państw w pierwszej kolejności i zostawienie słabszych na potem. Raz, że jest trudniej, jeśli sobie nie dozbroić oddziałów, a dwa, że za taki odważny podbój rośnie globalnie poziom trudności. Coś za coś. I nie miałbym problemów z tą grą w kwestii rozgrywki, gdyby nie dwie bolączki. Na późniejszym etapie przy większej ilości bohaterów potrafi nieźle przyciąć przy przewijaniu okna (tak, przy tak banalnej rzeczy), a i niestety przez prawdziwy ogrom tekstu (gra starcza na około 100h, gdzie większość to czytadło) w stosunku do niewielkiej ekipy przekradło się multum literówek i błędów gramatycznych. Na szczęście wciąż czyta się to dobrze, ale od czasu do czasu porazi oczy. Na koniec jeszcze tylko dodam, że zabrakło mi nieco dokładności historycznej. Australia będąc kolonią karną miała tam nawet Janosika, ale już atakując Warszawę czy Helsinki pojawiały się same włoskobrzmiące nazwiska...

Popijawa w takim towarzystwie? Tak...



Jeszcze nie hentai
Eiyuu Senki: The World Conquest może spowodować problemy z rodzicami nie tylko w kwestii krzyków Himiko i sporadycznie innych postaci. Gra ocieka mocno estetyką eroge, więc większość postaci ma sporą część piersi na wierzchu i bardzo często widać też majtki. Realizując zadania związane z bohaterkami nieraz przyjdzie nam ujrzeć bardzo sugestywne obrazy, gdzie tylko para, kąt widoku czy dłoń zasłania intymne części ciała. Grafika generalnie jest ładna, kreska fajna, ale twarze mają dziwnie wysunięte szczęki. Im dalej w grze, tym mniej to raziło, ale na pewno znajdą się tacy, co nie zdzierżą tego nawet po parudziesięciu godzinach.

Przy ważniejszych questach mamy japoński dubbing wysokiej klasy. Postaci są pełne emocji, aktorki (nasz bohater tylko mówi jedno słowo, kiedy wybieramy go do questa lub bitwy) wczuwają się bardzo dobrze w swoje role i to czuć z daleka. Bez problemu po samym głosie będziecie umieli podać, kto w danej chwili się wypowiada (albo drze ryja). Czasem tylko potrafi nieco zdziwić egzaltacja w podkładanych głosach, gdzie w imię aktorstwa nie dba się o to, że gracz nie usłyszy prawie nic z tego, co mówi postać, albo wręcz chwyci za pilota, bo jest za głośno. Pod względem muzycznym jest przyzwoicie, ale bez jakichś większych rewelacji. Owszem, na drugi dzień złapałem się na nuceniu muzyki z Eiyuu Senki, aczkolwiek po tygodniu liczba zapamiętanych nut nieco spadła. Nie zmienia to faktu, że podczas gry w The World Conquest soundtrack bardzo fajnie wpasowuje się w klimat tej produkcji.

Nie zawsze protagonista skorzysta na zadaniach lojalnościowych.



Świat należy do mnie
Tytuł ten bardziej trafi do fanów japońszczyzny, aniżeli do fanów strategii, w tym tych bardziej globalnych. Eiyuu Senki: The World Conquest może i kosztuje ponad stówę, ale zapewni kilkadziesiąt godzin rozgrywki nawet przy przewijaniu napisów bez czekania na zakończenie zdania przez aktorki w dubbingu. Bardzo przyjemna historia, zapamiętywalne postaci i prosty, acz przemyślany gameplay powinny zadowolić kupujących, chociaż przez swoją estetykę eroge bardziej spodoba się mężczyznom. Gagi sprawią, że i kobiety znajdą tam coś dla siebie, zwłaszcza jeśli chcą się sprawdzić w taktyce. A syndrom jeszcze jednej tury w tej grze jest dość silny, o ile się w nią zagłębić.


Grę do recenzji udostępnił zachodni wydawca Fruitbat Factory:
  • Grafika: 7 / 10
  • Dźwięk: 8 / 10
  • Grywalność: 7 / 10
  • Żywotność: 9 / 10
  • Nowatorstwo: 7 / 10
  • Fabuła: 8 / 10
  • Czas gry: 100h

Najważniejsze cechy: dobra fabuła i postaci, długa; spadki płynności i literówki

Plusy

  • dobra i przemyślana fabuła
  • zapamiętywalne postaci
  • długa, ale nie dłużąca się
  • prosty i przemyślany gameplay

Minusy

  • spadki płynności
  • sporo literówek i błędów
Avatar użytkownika Karfein
Karfein mówi:

Z tą grą będzie różnie wśród graczy. Mnie zdziwiła na początku, ale nie odrzuciła pomimo tych wysuniętych szczęk. Potem już poszło z górki, a potem włączył się syndrom jeszcze jednej tury. Na razie dałem sobie spokój z opcjonalnym miastem, ale mam nieodparte wrażenie, że wkrótce podejmę to wyzwanie.

Komentarze (0)

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?