Platformy:

Jesteś na SwiatGry.pl» Recenzje» 3DS» Rodea the Sky Soldier

Informacje

  • Autor: Karfein
  • Dodano: 19 kwiecień 2016 16:55
  • Czytano: 2,015 razy



Najnowsze recenzje

Najczęściej czytane recenzje

Recenzja gry Rodea the Sky Soldier (3DS)

Okładka gry Rodea the Sky Soldier
  • Producent: Prope / Kadokawa Games
  • Wydawca: Kadokawa Shoten
  • Dystrybutor PL: NIS America
  • Gatunek: akcji, platformówki, RPG, science-fiction, TPP, visual novel
  • Premiera: 2 kwiecień 2015 r.
  • Premiera PL: 13 listopad 2015 r.
  • Tryb gry: single player
  • Język: angielski
  • Nośnik: Cartridge
  • Cena: brak danych
  • Nasza ocena

    2.5

  • Twoja ocena

    3 / 10

    Średnia: 3 / Głosów: 2

  • Cechy gry PEGI 7

    PEGI 7
    Gra dla młodszych dzieci

    Przemoc

    Przemoc
    Gra zawiera elementy przemocy.

Wymagania: konsola Nintendo 3DS

Opowieść o podniebnym żołnierzu likwidującym kolejne zastępy wrogich maszyn obiecywała sporo radochy i satysfakcji. Czy Rodea the Sky Soldier na konsolę przenośną Nintendo wywiązuje się z tej obietnicy?

Czasem celownik zasłoni postać, ale to jeden z najmniejszych problemów.



Problemy wydawnicze już nieraz utrudniły producentom żywot. Niestety tak było i tym razem. Yuji Naka to nazwisko, które miło będzie kojarzyć się fanom serii Sonic czy NiGHTS into Dreams. Rodea the Sky Soldier stanowi niejako połączenie tych obu pod względem modelu rozgrywki i miało to wyglądać idealnie jak na rok 2010, kiedy zapowiedziano grę na platformę Wii. Potem pojawiły się schody z wydaniem gry, produkcję zawieszono aż do czasu, kiedy zreaktywowano projekt na platformę 3DS. Przy okazji postanowiono jeszcze stworzyć wersję na WiiU i dorzucić oryginalny projekt na Wii do pierwszego wydania pudełkowego na nową stacjonarną platformę Nintendo. W tej recenzji tylko pokrótce nawiążę do pozostałych edycji, ale skupimy się, rzecz jasna, na wydaniu na handhelda Ninny.

Tysiącletni urlop
Naga to ziemska kraina. Na skutek działań ludzkich wyniszczona i jałowa. Garuda to dryfujący w przestworzach archipelag, który zbliża się do Nagi raz na tysiąc lat. Odległość jest akurat na tyle mała, by można było dokonać inwazji. Imperator Geardo nie ma zamiaru zmarnować takiej okazji i planuje atak na obfitujące w zasoby i życie królestwo. Nie podoba się to jego córce, księżniczce Cecilii, która postanawia uratować krainę od zagłady. Jej strażnik, robot Rodea, otrzymał od niej serce, a wraz z nim nie tyle rozkaz, co obietnicę ochrony Garudy. Następnie Cecilia łamie Klucz Czasu na pół i odsyła Rodeę na odległe powietrzne wyspy. Po całym millenium uszkodzonego uśpionego robota znajduje Ion, mechaniczka mająca smykałkę do takich rzeczy. Pomimo tego, że to roboty stanowiły siły inwazji cesarstwa, Ion zaprzyjaźnia się z Rodeą i próbuje przywrócić mu utraconą pamięć. Protagonista pamięta bowiem tylko jedno – daną komuś obietnicę ochrony miejsca, do którego nie wiadomo jak trafił.

Prawie jak w SSX.



Historia zapowiada się niczego sobie, ale nie zdradzając niczego pozwolę sobie ostudzić zapał. Tam, gdzie był potencjał, by zgłębić rozterki bohaterów czy jakieś ich wahania... nic takiego nie zachodzi. Jeśli już pojawia się postać z jakąś ciekawą historią, nie zdążymy nawet zapamiętać jej imienia, a ta już znika z fabuły. Szkoda, bo można byłoby tu pokusić się o parę rzeczy, które zachęcałyby bardziej do dalszej rozgrywki. Niestety nastawić należy się na całkiem typową historyjkę o ratowaniu świata z nielicznymi ciekawymi dialogami. Na minus na konsoli 3DS idzie dodatkowo to, że napisy są wyświetlane na dolnym dotykowym ekranie w momencie, kiedy mamy pełno akcji na górnym i nie ma czasu czytać tego, co jest na dole. Chyba że włączymy angielski dubbing i nie potrzeba napisów, ale ostrzegam lojalnie – ciężko się tego słucha.

Frustrujący (nie)lot
Rodea the Sky Soldier od początku była skonstruowana tak, by do niej wracać. Miałoby chodzić o bicie rekordów, osiągnięcie oceny S i odnalezienie wszystkich medali, za które po spełnieniu wymagań zakupimy bonusy w postaci muzyki z gry, sterowania inną postacią, limit break czy tryb FPP. I nie jest to złe założenie, ale pod warunkiem, że będzie się chciało do gry wracać. Niestety tak nie jest w przypadku tej produkcji ze względu na sporą ilość problemów, jakich gracz może doświadczyć podczas rozgrywki. Samo latanie jest dość przyjemne, ale sterowanie już nie. Przede wszystkim celownik trochę topornie się rusza, ale to nic w porównaniu z tym, jak tragicznie działa kamera. Podczas chodzenia po ziemi można ją obracać tylko przyciskami L i R... o 90 stopni. Tak, o cały kąt prosty. Jeśli coś Was interesuje z ukosa, trzeba włączyć tryb celowania, albo przytrzymać L i R zarazem, by kamera sztywno trzymała się kierunku biegu. Co więcej, grając na New 3DS możemy co najwyżej pomarzyć o wykorzystaniu C-sticka do obracania widoku. Mamy wprawdzie opcję zablokowania celownika na przeciwniku w naszym zasięgu, ale to i tak małe pocieszenie podczas eksploracji w poszukiwaniu medali i części na ulepszenia.

I tylko ten brak rozwoju części statystyk przez pół gry...



W trakcie gry uzyskamy dostęp do trzech części naszego wyposażenia. Pierwsze to karabin maszynowy – celowanie nim jest równie niewygodne co latanie. Drugie to buty ślizgowe pozwalające na używanie specjalnych przyspieszających podestów, co pozwala przebijać ściany energetyczne bez utraty zdrowia. Trzecie to sprzęt namierzający do szybkiego likwidowania przeciwników. O ile ten ostatni dobrze brzmiał w teorii, to nie sprawdza się w praktyce ze względu na mocno ograniczone zasoby energii potrzebnej do lotu. O ile sami szybko nauczymy się dobrze gospodarować, by nie spaść w chmury, tak ten sprzęt namierzający zamiast szybko zawracać i atakować, robi wielkie zakola i wyprowadza protagonistę w powietrze daleko od nieprzyjaciela, co nierzadko skutkowało powrotem do punktu kontrolnego. Ogólnie Rodea the Sky Soldier dostarczyła mi w tym względzie sporej ilości frustracji. Otóż mamy ilość powtórzeń zależną od liczby zebranych odnowień tarczy. Kiedy mamy maksa, wbijamy kolejne „życia”, a że możemy dowolnie powtarzać etapy, da się tego nazbierać i kilkadziesiąt, dzięki czemu nie musimy się martwić o napis „game over”. Ale to, jak rozmieszczono punkty kontrolne woła już o pomstę do nieba. Jak nietrudno się domyślić, w grze z niezwykle źle zaprogramowaną kamerą łatwo przyjdzie nam wylecieć zbyt daleko od gruntu bądź choćby kawałka skały, albo zostaniemy zestrzeleni przez wrogie oddziały.

Można co prawda za zebrane części ulepszyć naszego powietrznego bohatera, jednak najbardziej kluczowe elementy w pewnym momencie rozwoju zostaną zablokowane... na trzy czwarte gry. Szybko się okaże, że mamy tak naprawdę tarczy na jakieś trzy uderzenia, po czym wracamy nawet po kilka minut w tył. Pasek tarczy da się nagle wydłużyć przy końcu gry, kiedy jest na to stanowczo za późno, by się tym jakkolwiek zadowolić po wielkich pokładach zdenerwowania za stracony czas, bo kamera, bo to, bo tamto. A jakież było moje zdziwienie, kiedy nie załadował mi się przedostatni rozdział. Nie pomogła instalacja patcha, reinstalacja gry, ani nic. Resztę musiałem zobaczyć w Internecie... Zresztą raz straciłem pół godziny gry, bo tytuł ten łaskaw był zrestartować mi konsolę po doleceniu do finiszu danego poziomu. A jak to w źle przemyślanych produkcjach bywa, zapis gry odbywa się między poziomami, a nie przy punktach kontrolnych – wszystko trzeba było powtórzyć.

Do każdego przeciwnika trzeba mieć inną taktykę.



Czy jest sens się męczyć? Zdecydowanie lepiej jest na WiiU, gdzie wszystko chodzi płynnie, można wygodnie czytać napisy, a i możemy osobiście sterować kamerą. Prawdę powiedziawszy po kilku godzinach spędzonych z Rodeą udało mi się nawet zadowalać lataniem w przestworzach, rozwalanie sporej ilości rozmaitych nieprzyjaciół sprawiało mi radość i dawało satysfakcję. Rodzajów maszyn jest naprawdę sporo, od tak sobie latających, zbrojących się w kolce czy szybkie obroty, przez wiszące w powietrzu i ostrzeliwujące nas bądź otaczające się tarczą, po strzelające sterującymi pociskami, wyskakujące spod ziemi, gdzie przed uderzeniem ratuje nas tylko użycie klawisza uniku (co działa fajnie również w locie). Walki z bossami też są niczego sobie, choć nad poziomem trudności można było pomyśleć (najłatwiejszy szef został odstawiony niemal na końcówkę gry). Od czasu do czasu Ogólnie sam koncept był dobrze przemyślany, ale da się odczuć, że Rodea the Sky Soldier to gra zaprojektowana pod konsolę Wii i pod sterowanie Wiilotem, do czego zachęcam. I z góry ostrzegam, wersja na WiiU nie obsługuje z jakiegoś durnego powodu Wiilota.

Ładnie na obrazkach
Rodea the Sky Soldier nie prezentuje się jakoś źle na screenshotach, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że z 3DS-a można było wyciągnąć znacznie więcej niż to ma miejsce. Na WiiU jest płynnie i z fajnymi animacjami efektów specjalnych, zaś tu jest dość biednie. I nie miałbym może większych zastrzeżeń, gdyby nie fakt, że gra miejscami bardzo kulała pod względem liczby klatek na sekundę. A grałem na New 3DS-sie, który ma lepszy procesor, tak więc boję się myśleć, co by się działo na starszej wersji konsoli, kiedy na ekranie pojawi się kilka wrogich maszyn więcej niż zwykle. Tyle dobrze, że co parę poziomów zmienia się otoczenie, więc oczy nie zdążą się zanadto znudzić podobnymi widokami.

Na przykład, likwidować ich z daleka z karabinu.



W kwestii udźwiękowienia jest dość dobrze z małym zgrzytem. Muzyka pasuje do klimatu gry, nawet niektóre motywy wpadają na dłużej w pamięć, a japoński dubbing oferuje fajną dawkę miejscami zabawnie przerysowanych emocji. Niestety przez rozdzielenie ekranów i umieszczenie napisów na dolnym bierze chęć włączenia angielskich głosów. Tutaj niestety jest nudno i bez większych emocji. Gracz postawiony więc jest przed wyborem: wygodniejsze rozumienie historii albo lepsze wrażenia audio.

Dla zgłodniałych podróży w przestworzach
Dawno nie miałem okazji, by tak bardzo odradzić komuś choćby zainteresowanie się jakimś tytułem. Niestety Rodea the Sky Soldier w wersji na konsolę 3DS nie zasługuje na pozytywną rekomendację. Ciekawy pomysł, spora różnorodność maszyn nieprzyjaciela czy przyzwoite audio bledną w starciu z pracą kamery i spadkami płynności, które zabijają połowę radości z gry, a drugą połowę dobijają nieprzemyślany rozwój postaci, nieciekawa fabuła i taka sobie oprawa graficzna. Jeśli do tego dorzucić, nawet jeśli rzadką, możliwość wystąpienia buga, jaki uniemożliwi kontynuowanie gry, tym bardziej się odechciewa próbować. Jeśli macie możliwość, spróbujcie na innej platformie (zwłaszcza jeśli jest nią stare, ale jare Wii), a i nawet wtedy raczej podczas promocji. O ile brakuje Wam śmigania w powietrzu. I to bardzo.

To samo tyczy się bossów - bez strategii czeka game over.



Grę do recenzji udostępnił europejski wydawca NIS America:
  • Grafika: 3 / 10
  • Dźwięk: 6 / 10
  • Grywalność: 2 / 10
  • Żywotność: 6 / 10
  • Nowatorstwo: 7 / 10
  • Fabuła: 4 / 10
  • Czas gry: 13h

Najważniejsze cechy: ciekawy pomysł, sporo przeciwników, względnie dobre audio, marna realizacja reszty

Plusy

  • ciekawy pomysł na rozgrywkę
  • przyzwoita oprawa dźwiękowa
  • sporo rodzajów przeciwników

Minusy

  • tragiczna praca kamery
  • krytyczne bugi
  • spadki płynności (nawet na New 3DS)
  • źle zaprojektowany rozwój postaci
  • zmarnowany potencjał fabularny
  • nienajlepsza oprawa graficzna
Avatar użytkownika Karfein
Karfein mówi:

Niestety w przypadku wersji na konsolę 3DS trzeba niemal na siłę doszukiwać się pozytywów, by nie uznać poświęconego czasu za kompletnie zmarnowany. Dobrze wieść gminna niesie – jeśli macie możliwość, odpalcie wersję na stare dobre Wii.

Komentarze (0)

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?