Platformy:

Jesteś na SwiatGry.pl» Publicystyka» Felietony» Diabeł znów zapłacze – o serii Devi...

Informacje

  • Autor: LiquiDD
  • Dodano: 25 wrzesień 2018 00:33
  • Czytano: 540

Diabeł znów zapłacze – o serii Devil May Cry

Devil May Cry to twardy orzech do zgryzienia. Seria kultowa, w wielu kwestiach rewolucyjna dla gatunku gier akcji, ale jednocześnie targana wieloma problemami. Miała swoje wzloty i upadki i wydaje się, że aktualnie jest w największym dołku w swojej historii. Na tegorocznym E3 dostaliśmy zapowiedź kolejnej odsłony, tym razem tej „prawdziwej”. Dlaczego jednak musieliśmy czekać na nią ponad 10 lat? Postaram się rzucić trochę światła na konteksty otaczające DMC i odpowiedzieć na to pytanie.





„Ciemno wszędzie, głucho wszędzie…”

Zacznę od tego, że o ile o Devil May Cry słyszało wiele osób, to pod względem wyników sprzedaży są to wciąż niszowe gry. I nic dziwnego – trafiają w gusta raczej niewielkiej grupy odbiorców. Są to produkcje, które były projektowane z założeniem bycia trudnymi. Skopią nam tyłek i prowokacyjnie zapytają, czy nie chcemy zmniejszyć poziomu trudności. Większość casuali omija więc DMC szerokim łukiem, a to właśnie oni stanowią lwią część konsumentów gier wideo. Nie pomaga też azjatycka stylistyka – wszechobecna groteska, przerysowane i oderwane od rzeczywistości postaci – co wiele osób może odstraszyć. Historia oraz spójność uniwersum również pozostawiają wiele do życzenia. Chronologia wydarzeń cyklu to części: 3, 1, 4, 2. Biorąc pod uwagę fakt, że cała seria była eksperymentem Capcomu (według pierwotnych założeń miał to być kolejny Resident Evil), oraz przeróżne trudności w produkcji niemal każdej części, zakładam, że nie jest to kreatywny zabieg, a raczej chwytanie się czegokolwiek, aby stworzyć ciekawą i koherentną opowieść (a bywało z tym różnie). Trzecia odsłona uchodzi za najbardziej udaną w tym kontekście.





Diabeł tkwi w szczegółach

Żeby dobrze zrozumieć wzloty i upadki Devil May Cry, musimy zagłębić się w sam proces twórczy. Za sukcesem pierwszej gry stoi Hideki Kamiya. To on kierował zespołem podczas prac nad jedynką oraz zaczął pracę nad dwójką. Niestety Capcom zdał sobie sprawę, że sequel nie idzie w dobrą stronę i ostatecznie Kamiyę zastąpił Hideaki Itsuno. Mając bardzo ograniczony czas, ten nie zdołał zrobić dobrej gry, ale przynajmniej do pewnego stopnia uratował ją przed całkowitą porażką. Po zdobyciu zaufania zwierzchników dostał szansę na poprowadzenie kolejnej odsłony, która okazała się najlepszą do tej pory. Nie powinno to dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że był to pierwszy przykład produkcji w historii serii, która odbyła się bez żadnych przeszkód, z niezbędnym doświadczeniem i spójną wizją, jaką zapewnił Itsuno. Zarząd Capcomu stwierdził jednak, że w przypadku czwórki dobrym pomysłem będzie rozwinięcie żagli i stworzenie gry na wszystkie przodujące platformy – PS3, X360 oraz PC (do tej pory DMC było tworzone tylko na PS2). Przeskok na nowe urządzenia i kolejną generację sprzętu, w połączeniu z relatywnie niewielkim budżetem, zaowocował bardzo problematycznym okresem produkcji, którego efektem była na wpół skończona gra z wieloma kompromisami względem pierwotnych założeń Itsuno. Mimo to, Devil May Cry 4 osiągnęło rekordowe wyniki sprzedaży serii i cieszyło się uznaniem fanów.





Czas na… reboot?

DmC autorstwa Ninja Theory jest chyba jednym z najbardziej kontrowersyjnych restartów serii w historii gier wideo. Skoro dziecko Capcomu cieszyło się do tej pory tak wysokim uznaniem odbiorców i sprzedawało się coraz lepiej, nasuwa się pytanie, po co zmieniać coś co działa? Otóż, według japońskich włodarzy marki, wyniki sprzedaży czwartej części, mimo że rekordowe, nie były wystarczające, biorąc pod uwagę jednoczesną premierę na trzy platformy. Oprócz tego Hideaki Itsuno postanowił odpocząć od serii i zająć się swoim długo planowanym projektem – Dragon’s Dogma. Według niego Devil May Cry zaczęło być też nieco powtarzalne i stwierdził, że marce potrzeba jest odrobina świeżości, którą zapewnić może nowe studio. Capcom zauważył też potencjał w ciągle rosnącym zachodnim rynku i trafnie zauważył, że DmC w obecnej formie nie przykuje uwagi tamtejszego konsumenta. Połączmy to z nowym upodobaniem japońskiego wydawcy do outsourcingu – zlecaniem tworzenia gier zewnętrznym (zachodnim) studiom i otrzymujemy ideę, której efektem jest niesławny reboot.





To naprawdę mogło się udać. Czy tak się stało? Głosy są podzielone, ale generalny odbiór DmC przez fanów był, delikatnie ujmując, chłodny. Zacznijmy od tego, że sam pomysł Ninja Theory był od samego początku kontrowersyjny, ale posiadali pełne błogosławieństwo Capcomu, a sam Itsuno był wielkim zwolennikiem pomysłu brytyjskiego studia. W 2010 roku jednak światło dzienne ujrzał pierwszy zwiastun i wielu fanów poczuło się wręcz spoliczkowanymi. To po prostu nie było to, czego oczekiwali, a nowy Dante… to nie był dla nich Dante. Społeczność zaprotestowała, a Capcom się przestraszył i zainterweniował, wkraczając w zaawansowanym etapie produkcji. Efektem tego dostaliśmy grę, która bardzo różni się względem pierwszych zapowiedzi. Niestety, „ratując” projekt, twórcy byli zmuszeni zaserwować nam produkt nijaki – coś, co stanie się zawsze, kiedy próbujemy wygiąć coś, czego wyginać się nie powinno, w tym przypadku pierwotną wizję. Kompromisy stały się przekleństwem DmC: Devil May Cry, co odbiło się na wynikach sprzedaży i przyjęciu gry przez społeczność. Kolejne inwestycje w serię zaczęły wyglądać coraz bardziej ryzykownie. Na szczęście Capcom postanowił nie spisywać marki na straty, chociaż trochę im to zajęło.



Co przyniesie przyszłość?



Minęło ponad 5 lat od premiery DmC i 10 lat od DMC4. Podczas tegorocznego E3 zaprezentowano nam zwiastun piątej odsłony, a na scenę wyszedł sam Hideaki Itsuno mówiąc, że jest to najlepsza gra, jaką kiedykolwiek zrobił. Co ciekawe, wiele za tym przemawia. Capcom w końcu skończył ze swoją polityką outsourcingową, a kto lepiej zna Devil May Cry niż oni z Itsuno na czele? Widać, że stylistycznie produkcja celuje w odbiorcę zachodniego, co wcale nie musi być złą rzeczą. Reboot z pewnością nie był idealny, ale wiele rzeczy zrobił przyzwoicie. Jeśli twórcy wyciągną coś z błędów Ninja Theory, to może dostaniemy grę, która połączy dobre strony obu światów? Mam nadzieję, że w końcu udało im się jednolicie zarysować kanon uniwersum i potraktują piątą odsłonę jako swego rodzaju nowy początek – domknięcie tego, co trzeba i ugruntowanie fundamentu do opowiadania nowych historii na wiele lat. Jedno jest pewne, entuzjazm Itsuno jest zaraźliwy, a to, co widzieliśmy do tej pory napawa optymizmem.














Komentarze (0)

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony

Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?